Plany były ambitne. Gdańsk Dźwiga Muzę pod egidą MTV miał przerodzić się w nowy, liczący się letni festiwal – muzyczną wizytówkę Gdańska. Nowej marce miała towarzyszyć atrakcyjna oferta artystyczna, a nawet zmiana docelowej grupy odbiorców na bardziej wyrobionych słuchaczy. Dziś jednak już wiemy, że Gdańsk muzy nie dźwignął. Festiwal był mdły, nudny i mało wyrazisty jak dominująca na nim, poprockowa muzyka.
Największą porażką imprezy okazała się tragicznie niska frekwencja. Na pokaźnym placu Zebrań Ludowych kręciły się garstki, nierzadko znudzonych, słuchaczy. Z pewnością pierwszego dnia wynikało to w dużej mierze z odwołania koncertu Joss Stone. Sytuacja niewiele poprawiła się jednak w niedzielę. Dopiero wieńczący imprezę występ Katie Meluy zgromadził więcej fanów, ale festiwalowy plac wciąż świecił pustkami. Na pierwszych koncertach miało się wręcz wrażenie, że na terenie obiektu przebywa więcej osób obsługujących festiwal (dziennikarzy, fotografów, ochroniarzy, sprzedawców) niż… słuchaczy.
Owszem, można dobrze się bawić w mniejszym gronie osób. Ale nie wtedy, kiedy impreza jest współfinansowana przez miasto, a zagraniczni artyści mają sobie na jej podstawie wyrabiać zdanie o polskiej publiczności. Słaba frekwencja przełożyła się też na pewno na poziom artystyczny festiwalu. Nie od dziś wiadomo, że widok garstki słuchaczy pod sceną zawsze demotywuje wykonawcę.
Program przygotowany przez organizatorów, z pewnością szyty na miarę możliwości budżetu, był niestety niezbyt atrakcyjny. Tacy artyści jak Patrycja Markowska czy Manchester, w Gdańsku występujący w charakterze supportów zagranicznych gwiazd, na co dzień też rzadko grywają niezależne, regularne koncerty. Także w skali kraju pozostają więc raczej dodatkiem do większych od siebie. Zbyt często kierowano się również kryterium lokalności, a nie artystycznymi walorami zapraszanych wykonawców. Najlepszym przykładem na to ostatnie był koncert Golden Life, który udowodnił, że nie bez powodu grupa od lat pozostaje w drugiej lidze krajowego rocka. Największą klapą artystyczną festiwalu był jednak niedzielny występ amerykańskiej „gwiazdy” Kat DeLuny, która pokazała, że żadna z niej tancerka (zaproszona na chwilę na scenę przypadkowa osoba z widowni poruszała się dużo bardziej przekonująco niż ona), a i wokalistka raczej przeciętna, co najbardziej odsłoniły „samobójcze” próby mierzenia się z repertuarem Jennifer Rush i Whitney Houston. Zaś fakt, że DeLuna podczas koncertu chętnie posiłkowała się wokalnymi samplami, zakrawa już tylko na ponury dowcip. Podobnie jak moment, w którym wokalistka zniknęła na 10 minut za kulisami (rzekomo pod pretekstem zmiany garderoby), a jej zagubieni muzycy nie bardzo wiedzieli, co mają robić.
Na małej scenie występowały zespoły, które – jak szumnie zapowiadali organizatorzy – bez problemu mogłyby zagrać na głównej scenie jakiegokolwiek innego dużego festiwalu muzycznego. Owszem, niektóre by mogły (jak zawsze porywający trójmiejski duet Skinny Patrini), niektóre może też, ale z pewnymi zastrzeżeniami (muzycy sopockiej formacji Saluminesia muzycznie może są przekonujący, ale liryzm ich tekstów oscyluje na poziomie wierszy szóstoklasistów), a jeszcze innym raczej to nie grozi (Pilwinski Band). Z pewnością nie była to jednak krajowa czołówka „młodych obiecujących”. Raczej lokalna.
Zdawać by się mogło, że udział dużej stacji muzycznej zagwarantuje chociaż profesjonalną oprawę całego wydarzenia. Pod względem wizualnym na pewno tak było (oświetlenie sceny robiło wrażenie), ale realizacja dźwięku pozostawiała już wiele do życzenia. Organizatorzy wyszli chyba z założenia, że wystarczy, żeby było głośno. Jak na ironię, dużo lepiej nagłośniona była mała scena. Jeśli dodamy do tego żenującą konferansjerkę prowadzących, to mamy już pełny obraz tej nieudanej imprezy.
Gdyby nie koncerty finałowych gwiazd, które podreperowały mocno nadszarpniętą reputację festiwalu, Dźwigający pewnie woleliby się więcej w Gdańsku nie pokazywać. Pierwszego dnia muzycy amerykańskiej formacji Black Rebel Motorcycle Club dali ciekawy, na poły improwizowany koncert, podczas którego udowodnili, że ich muzyczne inspiracje obejmują nie tylko żywiołowy, „gęsty” rock (od którego zaczynali), ale także blues, country, a nawet…uduchowioną muzykę religijną. W niedzielę Katie Melua urzekła zaś publiczność nastrojowym występem, na który złożyły się zarówno jej największe przeboje, jak i utwory nowe, a nawet brawurowo wykonane covery (świetne „Kozmic Blues” Janis Joplin).
Do plusów należy zaliczyć też „płynność” imprezy – dzięki rozlokowaniu koncertów na dwóch scenach, słuchaczy ominęły długie przygotowania do kolejnych występów. Byłoby jednak jeszcze lepiej, gdyby prowadzący dawali uczestnikom parę minut na przemieszczenie się pod drugą scenę.
Do te j pory na placu Zebrań Ludowych odbywały się darmowe lub tanie koncerty – może nie najwyższych lotów, ale przynajmniej dostępne dla każdego. Dziś pewnie więcej gdańszczan tęskni za starą imprezą, niż powitało z otwartymi ramionami nową.
Źródło:
14.7.2009
Polska Dziennik Bałtycki str. 14 Kultura
Marcin Mindykowski
Przeczytaj podobne informacje:
- Gdańsk będzie miastem filmów jednominutowych
Jak wygląda niezależne kino w tak egzotycznych krajach jak Korea, Macedonia czy Liechtenstein, będzie się można przekonać już od 4 września w Gdańsku. To już... - MTV Gdańsk Dźwiga Muzę
W dniach 11 i 12 lipca w Gdańsku odbędzie się plenerowy festiwal MTV Gdańsk Dźwiga Muzę. Jego największymi gwiazdami będą Katie Melua, Joss Stone i...