Od 1 kwietnia niepotrzebne i często kuriozalne znaki drogowe zaczną znikać z ulic Gdańska. Miasto pójdzie za przykładem Torunia, gdzie po usunięciu 30 proc. znaków jest dużo mniej wypadków.
Do tej pory o znakach drogowych w Gdańsku decydował wydział gospodarki komunalnej. Ale od 1 kwietnia te kompetencje trafią do Zarządu Dróg i Zieleni. Pełniący obowiązki dyrektora tej jednostki Mieczysław Kotłowski jest gorącym zwolennikiem usunięcia wielu znaków, stojących przy gdańskich ulicach.
Podobnie zrobiono przed końcem 2008 roku w Toruniu. Z dróg zniknęło tam ok. 30 proc. znaków drogowych. Efekt? Ilość wypadków zmniejszyła się na niektórych skrzyżowaniach nawet o ponad połowę! To nie koniec: wzrosła także przepustowość ruchu. Podobne rozwiązania stosuje się w holenderskim Drachten, niemieckim Bohmte nieopodal Hamburga i wielu miastach Skandynawii.
Matematyka jest w tym przypadku bezwzględna. Gdy jedziemy przez miasto z dozwoloną prędkością 50 km/h, pokonujemy kilometr w nieco ponad minutę. Na zobaczenie jednego znaku mamy więc przy obecnym zagęszczeniu ok. jednej sekundy. A trzeba przecież „czasami” spojrzeć też na drogę… Nie da się tego zrobić na niektórych odcinkach ul. Grunwaldzkiej w Gdańsku czy choćby w okolicach centrum miasta, gdzie np. zakazy wjazdu i zatrzymywania są jeszcze opatrzone tabliczkami z pisemnymi zastrzeżeniami.
- Mój znajomy stwierdził ostatnio, że w Gdańsku brakuje tylko jednego znaku: uwaga na znaki drogowe. Jest ich tak wiele, że niemal nikt nie zwraca na nie większej uwagi. I nie ma się co dziwić, bo nadmiar informacji jest dezinformacją – mówi Mieczysław Kotłowski.
Niektóre znaki w Gdańsku stoją od wielu lat. Wiele całkiem bez sensu. Wciąż można zobaczyć np. zakaz wjazdu dla pojazdów konnych.
- Albo zakaz zatrzymywania się w miejscach, na których i tak nie dałoby się postawić samochodu, zostawiając przepisowe 1,5 m chodnika. Potem nikt znaków nie traktuje poważnie, bo jest ich mnóstwo i często postawione są bez sensu. Przepisy ruchu drogowego regulują większość niejasności, znaki mają tylko wspomagać – dodaje Mieczysław Kotłowski, który zapowiada, że za tydzień zaczyna krucjatę przeciwko nadmiarowi znaków.
Pomysł popierają trójmiejscy policjanci, którzy często zatrzymują kierowców, jeżdżących „na pamięć”. Nie patrzących na znaki i zdziwionych, gdy następuje zmiana pierwszeństwa lub przed skrzyżowaniem pojawia się znak „stop”.
- Na pewno będziemy współpracować, bo w Gdańsku nie jest idealnie. Część znaków z pewnością można usunąć bez szkody dla bezpieczeństwa ruchu, a nawet z korzyścią – mówi Janusz Staniszewski, szef pomorskiej drogówki.
Źródło:
23.3.2009
trojmiasto.pl
Michał Sielski
Przeczytaj podobne informacje:
- Gdańsk ma pięć tysięcy zbędnych znaków drogowych
Drogowcy z Gdańska stwierdzili, że w mieście jest za dużo znaków drogowych. Wiele z nich zamiast pomagać kierowcom, rozprasza ich. Od 1 kwietnia niepotrzebne znaki... - Zmiany na gdańskich ulicach
Taksówki nie będą już utrudniać dostępu do dworca PKP Gdańsk Główny, a na ulicy Wyspiańskiego we Wrzeszczu będzie mniej korków. Takie korzyści odniosą kierowcy dzięki... - Plaga dziur na gdańskich ulicach. Drogowcy naprawiają
Śniegu na drogach już nie ma, ale kierowcy zmagają się z prawdziwą plagą dziur. Gdańscy drogowcy zapowiadają, że ostro biorą się do roboty. - W...