Tak naprawdę cała dyskusja sprowadza się do tego, jak środki unijne mają być wykorzystane. Gdyby Polska była na znacznie wyższym poziomie rozwoju (takim, jak większość bogatych krajów Unii), wtedy rzeczywiście gros unijnych pieniędzy – tak jak chciałaby pani Bieńkowska – powinno trafić do regionów bogatych. To właśnie one funkcjonują w gospodarkach narodowych jako tzw. bieguny wzrostu i centra innowacji. To właśnie tam – m.in. w klastrach high-tech – powstają innowacyjne rozwiązania i nowe technologie, które z czasem upowszechniają się na zasadzie tzw. spillover effects.
Jednak Polska jest na niższym stadium rozwoju społeczno-ekonomicznego, co – w ujęciu regionalnym – przejawia się w postaci swoistej „przepaści cywilizacyjnej” między wielkimi miastami a obszarami rolnymi i peryferyjnymi. Tak ważne jest zatem umiejętne skorzystanie z pomocy unijnej przez biedniejsze regiony, aby próbować jak najszybciej zasypać ową „przepaść cywilizacyjną”. Co istotne, badania naukowe dowodzą, iż europejskie środki pomocowe są najbardziej efektywnie wykorzystywane wtedy, gdy przeznaczane są na budowę i/lub modernizację infrastruktury.
Z drugiej strony, problematyczne jest nawoływanie pana Witolda Gintowt-Dziewałtowskiego do tego, żeby na ścianie wschodniej z unijnych pieniędzy wspierać rozwój przemysłu. Po pierwsze, taki tok myślenia pomija zupełnie koncepcję budowania regionalnych strategii rozwoju w oparciu o unikalny potencjał każdego z województw. Innymi słowy, chodzi tu o to, aby nie dążyć do tego, żeby uboższe, nieuprzemysłowione obszary podążały ścieżką rozwoju regionów bogatszych (drugi Śląsk na Lubelszczyźnie?), ale żeby szły mniej lub bardziej zindywidualizowaną drogą rozwoju, bazującą na własnym potencjale. W związku z tym, polskie uboższe regiony powinny – wykorzystując swe walory naturalne i szybko rosnącą popularność ekologicznego stylu życia – postawić właśnie na rozwój różnych form turystyki (w tym agroturystyki) i rolnictwa ekologicznego. To właśnie w usługach – a nie w przemyśle – mają powstawać nowe miejsca pracy (poza tym, fabrykę jest relatywnie łatwo i tanio przenieść do kraju o niższych kosztach, choćby z lubelskiego na Ukrainę). A do tego znacznie lepiej niż unijne subsydia bezpośrednio wspierające działalność gospodarczą przyczyni się liberalizacja całej gospodarki poprzez, inter alia, obniżenie podatków i kosztów pracy, ograniczenie biurokracji i restrykcyjności kodeksu pracy, itd. (osobną kwestią jest sensowność utrzymywania regionalnie niezróżnicowanej płacy minimalnej). Ponadto, doświadczenia krajów starej Unii pokazują, iż ten typ pomocy – w odróżnieniu od środków przeznaczanych na budowę i renowację infrastruktury czy rozwój kapitału ludzkiego – jest per saldo nieefektywny i często marnotrawiony.
Warto też odnieść się do problemu przekazywania większych uprawnień metropoliom. Przekonanie, iż współpracę między miastami i gminami można (odgórnie) „zadekretować” jest niezwykle dyskusyjne. W amerykańskiej literaturze przedmiotu można znaleźć wiele prac dotyczących tzw. decentralised voluntary governance arrangements, czyli zdecentralizowanych i dobrowolnych porozumień pomiędzy władzami lokalnymi w celu osiągnięcia różnorakich korzyści, które bez współpracy (tj. „w pojedynkę”) byłoby bardzo trudno uzyskać. Wielu badaczy, m.in. R.C. Feiock i E. Ostrom, w przekonujący sposób dowodzi, w oparciu o doświadczenia amerykańskich miast, iż to właśnie takie oddolne, nienarzucane – a przez to elastyczne – inicjatywy przynoszą najlepsze efekty. Zresztą w Stanach Zjednoczonych obywatele generalnie z dużym dystansem podchodzą do wszelkich prób odgórnego zadekretowania czegokolwiek. Dlatego też podzielam sceptycyzm posła LiD-u wobec ustawy metropolitalnej, jednak – nie znając jej ostatecznego kształtu – byłbym znacznie ostrożniejszy w szafowaniu tak radykalnymi stwierdzeniami jak „szalbierstwo” czy żądza władzy prezydentów wielkich miast.
Oczywiście idea dobrowolnej, oddolnej współpracy jest głęboko zakorzeniona w koncepcji kapitału społecznego (social capital), który obecnie postrzega się nie tylko jako fundament nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego, ale także warunek sine qua non rozwoju regionalnego. Jak wiadomo, kapitał społeczny jest definiowany (w uproszczeniu) jako całokształt nieformalnych więzi między obcymi ludźmi (!) – opartych na zaufaniu i wzajemnym zrozumieniu – dzięki którym lokalna społeczność (grupa) skutecznie współpracuje i osiąga założone cele. Jak słusznie zauważa Autor, w Trójmieście problemem jest przed wszystkim nieumiejętność „dogadania się” i w konsekwencji trudności ze współpracą. Na szczęście powoli się to zmienia, o czym świadczy długo wyczekiwane wprowadzenie wspólnego biletu. W tym sensie, najbliższe kilka lat będzie czasem wielkich wyzwań, stojących zarówno przed decydentami rezydującymi w Warszawie, jak i włodarzami bogatych i uboższych regionów.
Możemy sobie tylko życzyć, żeby im wszystkim nie zabrakło wiedzy, zdrowego rozsądku i, przede wszystkim, chęci współpracy ponad podziałami.
Źródło:
Dr n. ekon. Piotr Zientara
POLSKA Dziennik Bałtycki
http://gdansk.naszemiasto.pl/wydarzenia/833956.html
Przeczytaj podobne informacje:
- 46 przedstawicieli gmin i powiatów podpisało list intencyjny w sprawie powołania stowarzyszenia Gdański Obszar Metropolitalny!
28 czerwca w Gdańsku spotkali się przedstawiciele gmin i powiatów: kartuskiego, puckiego, nowodworskiego, wejherowskiego i gdańskiego oraz trzech miast – Gdańska, Sopotu i Tczewa, którzy wyrazili wolę... - Zapraszałem Arkę na Baltic Arenę – list prezydenta Pawła Adamowicza
- Chciałem, by Arka Gdynia grała na nowym stadionie w Gdańsku. Ale nikt nie był tym zainteresowany – pisze prezydent Gdańska Paweł Adamowicz Wczoraj opublikowaliśmy... - Co dalej z zerówkami? List protestacyjny podpisało 280 rodziców
Rodzice dzieci i część radnych uważa, że przeprowadzka zerówek do szkół w tak krótkim czasie to kpina. Miasto chce już od września przenieść wszystkie gdańskie...